Periodyk Personalnych #2 Piranie, Konie i Japończycy

Witamy w drugiej odsłonie Periodyku Personalnych!

W tym wydaniu dowiecie się kto jadł na kolację piranie, czy potrzeba konia aby jeździć konno, co powiedzieli by Japończycy o likwidacji polskich gimnazjów, a na koniec pokrótce o myśleniu wizualnym
Zaczynamy!

Pirania na kolację

Codziennie wychodząc z domu widzę ludzi. Zamyślonych, rozmawiających przez telefon, śmiejących się do rozmówcy, zestresowanych, tych, których tramwaj właśnie ucieka a na ich twarzy widać irytacje, czasem zakłopotanie. Pracoholików, dusze towarzystwa, choleryków — najczęściej w autach. Większość z nich jest zabiegana, ciągle się śpieszy. W obawie o jutro boją się zmian. Boją się ryzyka.
Często przed wyruszeniem w dłuższą drogę, wchodzę do marketu i biorę książkę o najbardziej śmiesznym, czasem intrygującym czy dziwnym tytule. Tym razem też tak było. „Pirania na kolację”. Pierwsza myśl – bingo!
Inspirująca, motywująca, zabawna, szokująca, idealna dla osób lubiących przygody, podróże i historie opowiadane przez ludzi. Książka, która skradła moje serce i całą 6-godzinną podróż do domu. Rzadko zdarza się tak, że nie mogę oderwać się od opowiadanej historii. Ta, jest o dwójce szalonych, zakochanych w sobie nawzajem i podróżach ludzi. Pewnego dnia Magda Bogusz – autorka reportażu, politolożka, ekonomistka, dziennikarka, stojąc w korku i próbując jakimś cudem dostać się na czas do pracy, wpadła na pomysł podróży dookoła świata. Po niepełnym roku razem ze świeżo poślubionym Tomaszem stali z biletami w ręku na lotnisku w Warszawie i zaczęli swoją przygodę życia.
Książka opowiada o 1405 dniach w podróży dookoła świata, kulturze, perypetiach bohaterów, którzy zwiedzili 4 kontynenty, 27 krajów. Niezwykle inspirująca, pełna niespodzianek historia, którą czyta się jednym tchem. Autorka pokazała, że nie trzeba fortuny, by poznać świat, wystarczy kreatywność, odrobina zaradności i szczypta szczęścia. Razem z nimi przeżywamy historie, wyruszamy zardzewiałym samochodem poznać Stany Zjednoczone, Tornadem — Ekwador, Peru, rowerem przez Kambodżę, Laos, Chiny i wiele innych miejsc.
Czytając, nie jeden raz byłam zszokowana ich wytrwałością i uporem w dążeniu do celu, mimo że nie raz dostawali piaskiem w oczy, wciąż się podnosili, wychodzili z opresji i ruszali dalej. Zabawne jest to, że im dłużej czytałam, tym bardziej kibicowałam bohaterom. Przeżywamy z nimi złe chwile, trzymamy za nich kciuki, śmiejemy się, a oglądając dołączone fotografie, możemy się zachwycić, pięknem świata.
Podziwiam ich. Podziwiam za to, że się odważyli na zmianę. Zmianę codziennego pośpiechu, setki telefonów, spraw, które trzeba załatwić na wczoraj na przygodę życia. Postawili wszystko na jedną kartę. Ktoś może powiedzieć, że są szaleni, nie zaprzeczę. Nieodpowiedzialni? Być może. Nie mniej jednak całość daje dużo do myślenia. Mnie osobiście zmotywowała do poznawania nowych ludzi, kultur. Kto wie, może sama spakuje plecak i wyruszę w swoją podróż.
Z ręką na sercu mogę polecić „Piranię na kolację” osobom, które chcą się na chwilę przenieść w inny świat, potrzebują inspiracji, mają kiepski dzień, bądź ochotę poznać moim zdaniem – fascynującą i wciągającą opowieść o spełnianiu marzeń i odkrywaniu miejsc, o których wcześniej nie miało się pojęcia.

Autor: Monika Chłopińska

Chłopak w geterkach, czyli o jeździe konnej moimi oczyma, cz. 1

Wiele osób myśli, że jazda konna jest dla dziewczyn, snobów, bogatych dzieciaków lub tych, co chcą zdobywać medale w światowych zawodach. Ok. Jest to częściowo prawda, ale też pewien stereotyp, z którym postaram się zmierzyć przez linijki tego tekstu. Właściwie, to już to robię, bo sam jeżdżę, a nie jestem ani dzieciakiem, ani snobem, ani tym bardziej bogaty.

Niemniej jednak, moja przygoda z tym sportem rozpoczęła się, gdy byłem w wieku gimnazjalnym. Trafiłem do okolicznego klubu jeździeckiego… przypadkiem. W sumie to taka typowa, filmowa historia. Wiecie, młody chłopak trafia w jakieś bliżej nie znane mu miejsce, w zupełnie innej sprawie, niż z reguły ludzie tam przychodzą, obserwuje i bum. Zaczyna się rodzić zamiłowanie do tego, co ujrzał. Akcja zmienia się diametralnie. Taki Hollywood, tyle, że w wersji podwórkowej.

Wielu ludzi nie ma zbyt rozbudowanej wiedzy o samej jeździe konnej, ponieważ zwyczajnie jej nie próbowali. Zatem, czas na mały kącik techniczny. Co jest potrzebne aby jeździć konno? Na start wystarczy godzina czasu, kilkadziesiąt złotych i spodnie dresowe. Ale, tak jak właściwie z każdym sportem, gdy człowiek chce się w to zagłębić nieco bardziej, inwestowanie w ten sport może okazać się dziurą bez dna. Począwszy od sprzętu typu spodnie, buty, rękawiczki, kask, aż po samego konia i wszystko to, co jest niezbędne, żeby na nim jeździć. Niemniej jednak, nie trzeba od razu kupować konia, żeby móc jeździć. No chyba, że jesteś dość majętną osobą i kilkanaście tysięcy złotych nie stanowi przeszkody. Dla samego jeźdźca natomiast, w sytuacji, kiedy mamy już opanowane jakieś podstawy, moim zdaniem, dobrze jest zainwestować w cztery elementy: kask, buty, czapsy oraz bryczesy. O ile przy pierwszych dwóch rzeczach wiadomo o co chodzi, przy pozostałych dwóch, dla osób nie znających tematu, po nazwie ciężko domyślić się, czy chodzi o elementy stroju jeźdźca, czy imprezowe przekąski. Bez kasku ani rusz, bo upadki to nieodłączna część tego sportu. Gdy zaczynasz, nie wiesz wielu rzeczy, nie masz wypracowanych odruchów i praktycznie wszystko co robisz może być przyczyną upadku. Z kolei, gdy jeździsz już dobrze, próbujesz nowych – często trudniejszych – rzeczy, ryzykujesz bardziej i koniec końców, też całujesz glebę. Możliwe, że nawet częściej niż na początku drogi. Czapsy, to takie ochraniacze na nogi jeźdźca sięgające od kolan do buta. Zakłada się je głównie na bryczesy, czyli spodnie typowo do jazdy konnej. Są uszyte w taki sposób, by jeździec miał komfort siedzenia w siodle(kto ciekawy niech googluje). Przez ludzi, którzy nie wiedzą o co chodzi, są czasem nazywane jakimiś tam geterkami i w sumie, mają trochę racji. Nie są to spodnie do chodzenia na co dzień. Ponoć faceci nie wyglądają w nich korzystnie, bo są obcisłe. Ale w rurkach to już wyglądają dobrze, tak? Dobrym porównanie do bryczesów są właśnie rurki, bo właściwie, to wyglądają tak jak one i dziś ci odważniejsi mogliby pokusić się o wyjście w nich na miasto. Yyy, tak myślę, no nie. Ja bym jednak w nich nie wyszedł.

Koniec końców, jakby ten jeździec nie wyglądał, to nie jest najistotniejsze. Sprzęt jest ważny, ale to umiejętności decydują o tym, jak jeździsz. Cała reszta może ci dodatkowo zapewnić większe bezpieczeństwo i komfort jazdy. Jeśli będziesz umiał się zachować w sposób odpowiedni do zaistniałej sytuacji, na pewno znacznie zminimalizujesz niebezpieczeństwo.

Przechodząc już prosto do jazdy na koniu, ze swojej strony mogę jedynie podzielić się własnymi doświadczeniami, bez większego zaplecza podręcznikowej wiedzy. Zatem, jakie to uczucie tak jechać sobie na koniu? Oczywiście świetne. Jest w tym coś, czego w sumie nie potrafię nazwać, co sprawia, że podczas jazdy wewnętrznie czuję się fantastycznie, mimo iż czasem nie idzie tak, jak bym tego po sobie oczekiwał. Bo wtedy na zewnątrz może wyglądać to na jakiś rodzaj frustracji, a w środku jestem mega szczęśliwy, że mogę doświadczać tak cudownej rzeczy, jaką jest dla mnie jazda konna. Warto było poświęcać godziny na ćwiczenia, starać się, by potem zebrać tego owoce. By pędząc po lesie na koniu poczuć prędkość na swoim ciele, w jednej chwili poczuć niesamowitą wolność i pewność, że wspomnienie tego  zostanie Ci to do końca życia. Tak patrzę teraz na te słowa i widzę, że nie oddają charakteru sytuacji, że ciężko odzwierciedlić nimi ten stan, ale dają chociaż dobrą bazę do stworzenia wyobrażenia.

W tym momencie zakończę (wiecie, takie urwanie wątku, żeby nie zaspokoić odbiorcy do końca, czyli  typowy hollywoodzki zabieg, lecz warto znów wspomnieć – mówimy o moim, podwórkowym wydaniu). W kolejnej części  – w dużym skrócie – opowiem trochę swojej historii, konkretniej o tym, jak to się potoczyło na początku. Aaa, no i poruszę trochę głębszy temat budowania relacji z koniem. Tymczasem… wiecie już, że te geterki nazywają się bryczesy 😉

Autor: Kuba Barański

 

Edukacja w Japonii cz. 1
Ramowy Program Nauczania

Bardzo dużo można mówić o polskiej edukacji. O tym jaka jest, jakie są jej wady i zalety. Jednak czy zastanawiałeś się kiedyś jak wygląda to w innych krajach? Bez względu na Twoją odpowiedź, dzisiaj jeśli zechcesz, możesz się dowiedzieć w jaki sposób funkcjonuje edukacja w Japonii.

Na naukę w „Kraju Kwitnącej Wiśni” można poświęcić 21 lat, jednak obowiązkowe jest jedynie 9 lat. Edukacja podzielona jest na 5 stopni:

  • Przedszkole (3-5 lat)
  • Szkoła podstawowa (6-12 lat)
  • Szkoła średnia niższego stopnia (13-15 lat)
  • Szkoła średnia wyższego stopnia (15-18 lat)
  • Uniwersytet (4 – letni kurs odpowiadający tytułowi licencjata oraz 2- letni kurs magisterski)

W Japonii nie ma ogólnonarodowego, sztywnego programu nauczania, lecz jedynie „Ramowy program edukacji” wydany przez Ministerstwo Edukacji, który szkoły modyfikują w zależności od swoich potrzeb. W szkole podstawowej oferta nauczanych przedmiotów obejmuje etykę, kaligrafię, język japoński, matematykę, nauki społeczne, nauki przyrodnicze, muzykę, sztukę, wychowanie fizyczne i prowadzenie domu. Na kolejnych etapach nauki liczba przedmiotów wzrasta. Od szkoły średniej niższego stopnia obowiązuje nauka języka angielskiego. Stoi ona jednak na bardzo niskim poziomie, między innymi dlatego, że prowadzona jest głównie w języku japońskim z wykorzystaniem materiałów opracowanych również w tym języku. W szkole średniej wyższego stopnia zamiast przedmiotu „nauki przyrodnicze” są już cztery przedmioty: chemia, biologia, fizyka i archeologia, zaś „nauki społeczne” zastępują geografia, historia oraz prawo i administracja. Nauka systemu pisma, który uchodzi za jeden z najtrudniejszych na świecie, trwa do końca gimnazjum. Zatem dopiero w wieku 15 lat przeciętny uczeń jest w stanie przeczytać codzienną gazetę. Aby jednak móc czytać literaturę dużego formatu czy książki specjalistyczne, niezbędna jest dalsza nauka pisma.

Klasy w szkołach liczą przeciętnie ok. 40 – 45 osób i są dobierane według szczególnego klucza, tak aby w każdej klasie było trochę uczniów bardzo zdolnych, trochę niezdolnych oraz większość przeciętnych. Dzięki tej promującej przeciętność metodzie program nauczania dostosowywany jest do tzw. średniego poziomu, a dodatkową wiedzę uczniowie zdobywają na zajęciach dodatkowych. Klasy podzielone są na grupy zadaniowe, które na przemian sprzątają klasy, korytarz, toalety i inne pomieszczenia szkolne, z powodzeniem zastępując personel sprzątający, ucząc się przy tym poszanowania publicznej własności, tak widocznego na japońskich ulicach.

Do szkół chodzi się tylko i wyłącznie w mundurkach, które różnią się nieco w zależności od przyjętych przez szkołę zasad. Dla dziewcząt będzie to jednak zawsze spódnica, często plisowana, białe podkolanówki, które nosi się nawet w zimie oraz stylizowany na marynarski żakiecik. Kolory strojów to granatowy, szary lub czarny. U chłopców zdecydowanie dominuje czerń, a najbardziej charakterystyczny strój z metalowymi guzikami i sztywnymi kołnierzykami przypomina mundur pruskiego huzara tudzież kominiarza. W szkole podstawowej strój jest zwykle mniej formalny, składa się z białej koszulki z krótkim rękawem i kołnierzykiem, płóciennych spodenek i kolorowej czapeczki. Makijaż, biżuteria i farbowanie włosów są surowo zabronione.

Istotną kwestią związaną ze szkolnymi realiami jest system starszeństwa. Uczniowie z młodszych klas  muszą zachowywać się wobec starszych uczniów w sposób nienaganny, zwracać do nich grzecznie i sprzątać po nich po zajęciach dodatkowych. Ta wywodząca się z konfucjanizmu hierarchia oparta na starszeństwie jest typowa w całym japońskim społeczeństwie. Stąd też sensei (nauczyciel) to zawód cieszący się ogromnym szacunkiem w Japonii. W dosłownym tłumaczeniu oznacza „tego, który urodził się wcześniej”.

W ten sposób w zarysie wygląda „szkoła” w Japonii. Jeśli zainteresował Cię ten temat, w przyszłości pojawi się część druga opisująca dokładniej każdy etap edukacji od przedszkola po studia.

Autor: Aneta Fabjanowska

Myślenie wizualne

Czy w życiu codziennym zdarzyło Ci się bazgrać po marginesach podczas rozmowy telefonicznej lub nudnego wykładu? Na pewno!!! J

Jest to tak zwany doodling- mimowolne rysowanie/ bazgranie pozwalające na większe skoncentrowanie się.

Jest to przykład tego, że każdy z nas, niezależnie czy jest się przedszkolakiem czy zawodowym ilustratorem potrafi rysować. Myślenie wizualne to naturalny język naszego umysłu, dlatego ma wiele zastosowań na przykład w biznesie.

Sam termin ‘Myślenie Wizualne’ został stworzony przez dr Roberta Horna, którego teza mówi o tym, że wzajemna zależność słów i obrazów poszerza standardowy język oraz, że zastosowanie tego dodatkowego “języka wizualnego” pozwala na szerszy zakres myślenia, rozwiązywania problemów i komunikacji.

Najbardziej znane metody wykorzystujące rysunek biznesowy to:

  1. SKETCHNOTING- polega na wspomaganiu zapamiętywania informacji odpowiednimi rysunkami na formacie A4 lub mniejszym. Dzięki notatkom wzbogaconym o formy rysunkowe lepiej rozumiemy przekazywane treści. Pewną modyfikacją są dobrze znane- MAPY MYŚLI.
  2. GRAPHIC RECORDING- polega na wielkoformatowym zapisie graficznym, stosowanym na konferencjach. Zadaniem tej metody jest wesprzeć publiczność w przyswajaniu przekazywanej wiedzy.
  3. VIDEOSCRIBING- polega na wykorzystywaniu rysunku w świecie filmów. Bohaterami są w tym przypadku nasze rysunki- widz ogląda pełny proces rysowania, patrząc „z góry” na rękę, która rysuje.
  4. GRAPHIC FACILITATION- metoda wykorzystywana na spotkaniach, seminariach, konferencjach, polegająca na wizualnym wspieraniu tematów poruszanych na spotkaniu.
Żródło: http://seeyourwords.com

Żródło: http://seeyourwords.com

Autor: Daria Molka